top of page

Chill na Gili Air

  • aga1498
  • 14 mar
  • 3 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 7 dni temu

Kolejne dwa dni przed wylotem do domu mieliśmy spędzić na Gili Air, maleńkiej wysepce położonej blisko Lombok. Takich wysepki są trzy: 

  • Gili Air - spokojna chilllowa, bez ruchu samochodowego, można ja obejść w około godzinę lub objechać bryczką w pół godziny. Cześć drogi jest betonowa, część to grząski piasek

  • Gili Mano - jeszcze mniejsza, z jeszcze mniejszą ilością ludzi i cywilizacji, za to z ogromną ilością komarów - ma spore jezioro

  • Gili T - Gili Trawangan - najbardziej imprezowa z wysp. Kluby, dyskoteki, ludzie i ich używki (głównie grzybki)

Wybraliśmy tę pierwszą! Los za nas zdecydował, że na dłużej niż dwie noce. Nasz lot powrotny do Polski, który miał być przez Dubaj, został odwołany. Co robić…;-) zostajemy dłużej i nawet nam się buzie do tego pomysłu uśmiechają…

Okazuje się, że los ma często nasze pomysły w nosie i tworzy sobie swoje własne scenariusze….

Ale od początku. Plan jest taki, że opuszczamy nasze „gniazdko” o 10tej, rano jedziemy 1,5-2h na promowisko, czekamy chwilę, o 13.00 płyniemy 1,5h szybką łódką na Gili Air i już około 15tej relaksik na wyspie. A tymczasem - jechaliśmy taksą tylko niecałą godzinę - fajnie, ale to oznacza, że na niezbyt przyjaznym terminalu promowym czekaliśmy prawie 2 h, żeby dowiedzieć się, ze nigdzie nie płyniemy szybką łódką, bo się pogoda na morzu popsuła. I co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Dopłacasz jeszcze jakieś pieniądze (na szczęście małe) żeby kolejną godzinę później popłynąć wolnym promem samochodowym (komfort zerowy! gorąco upiornie, ludzi tłum)  Płyniesz "tylko" przez 5 h i to do innego portu  i na innej wyspie. Dopłacone pieniądze są spożytkowane na transport busem z tegoż portu, do innego, oddalonego tylko o 1,5h jazdy. Skąd małymi łódeczkami, w środku nocy, ludzie są rozwożeni po wyspach. I w ten sposób już o 22.30 lądujemy na uroczym Gili Air, wyspie gdzie jedynym transportem są bryczki… O tej porze  port jest już zupełnie pusty, a wszystkie konie zapewne dawno śpią. Google maps pokazuje tylko 20 minut piechotką do hotelu. W końcu walizki mają kółka, więc damy radę. Zalesia walizka jest bardzo duża, zawiera jakieś biznesowe gadżety i fatałaszki - w sumie ok 30 kg. Moja mniejsza - ok 17 kg. Toczymy je po betonowej drodze, która wkrótce się kończy, pojawiają się kałuże z woda powyżej kostek, pojawia się piach, plaża….. Jak już w końcu dotarliśmy do naszego domeczku na plaży, to padliśmy jak zabici….


Plan na plażing, smażing i pyszne jedzonko przedłużyliśmy o 3 kolejne dni. Bo przecież i tak nie mamy planu co dalej. Nowe bilety przez Seul i Budapeszt zakupione dopiero na 21 marca.

I znowu los z nas zadrwił i zrealizował swój plan. Najpierw mnie pokonało zatrucie pokarmowe. chyba ryba, na szczęście nie ameba. Przecierpiałam noc, przespałam dobę i wspomagana mieszanka medycyny zachodniej i wschodniej magicznie ozdrowiałam!


To następnego dnia zachorzał Zaleś, który przecież zawsze musi mieć „bardziej”…

Więc lekarz, kroplówka, testy na tyfus, dengę i salmonellę., antybiotyk. Najpierw w warunkach ambulatoryjnych, potem domowych, a potem plażowych, hihihi


Skoro on Zales, zaległ i plany nurkowe, poszły się paść, to zdecydowałam, że kolejny dzień poświęcę na przedłużenie wizy.

Na stronie Immigration Office, gdzie robiłam wizę, jest guziczek „przedłuż”. Wszyscy mówią, że nie działa, że tak się nie da, ale Nacisnęłam go już kilka dni temu. Nawet zapłaciłam za wizę używając czegoś jak „kod blik” w supermarkecie, ale ciągle wisi na stronie „under verification”. Rzucam więc wyzwanie światu online…wsiadam w bryczkę, jade do portu, płynę łódeczka na pobliski Lombok, jadę 1h taksówką do Immigration Office.

Tam dowiaduję się, że lombok, to nie Bali, to prawdziwa muzułmańska Indonezja i w krótkich spodenkach oraz koszulce bez rękawów nikt mnie tam do urzędu nie wpuści. Smetłają więc na mnie dwie chusto/sarongi zakrywając szczelnie ciałko, wpuszczają do środka i mówią, że nic nie załatwię, bo podałam adres na Bali a nie na Lombok. Jedno i drugie i jeszcze setki innych wysp to przecież jeden kraj, mówię, Indonezja! Nie szkodzi, nie da się. Wracam….taksówką, wolnym lokalnym promem - ciekawe przeżycie, jadę razem z przesyłkami typu „zalando”. W porcie czeka jednak wciąż żywy Mąż i zabiera strudzoną podróżą mnie na ….pizze!


Wszystkie te przygody nie odebrały nam radości. Było cudnie!!!


Komentarze


Post: Blog2_Post
bottom of page